Istnieją słowa, które nie dają spokoju. Zapisane lata temu, wbijają się w umysł i zostają tam na zawsze. W pożółkłej kronice nowogrodzkiej szkoły znajduje się zdanie, od którego nie potrafimy i nie chcemy uciec.
Zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy wstecz. Wyobraźmy sobie wojenną zawieruchę, powojenną biedę, przytłaczający mrok i beznadzieję komunizmu. A w środku tego wszystkiego – ludzi, którzy nie opuścili rąk. Nauczycieli, którzy w czasie wojny uczyli potajemnie, za głodowe wynagrodzenie, w nieustającym strachu. Nauczyciele, którzy w błocie, deszczu i śniegu dojeżdżali tu furmankami aż z Lublina. Dzieci, które walkę o edukację musiały godzić z wycieńczającą pracą w polu.
Pan Czesław Puszkarski, ówczesny kierownik placówki, opisując najmroczniejszy czas w historii tego miejsca, zanotował:
„Każdy jednak nauczyciel pozostał na stanowisku, by ratować dusze dzieci (…)”

Wszyscy oni pozostali na stanowiskach. Nie poddali się mrokowi, bo wiedzieli, że ratowanie dusz – ratowanie wiedzy, godności i bliskości drugiego człowieka – to jedyne, co może uchronić ich świat przed ostatecznym rozpadem.
Kiedy czytamy te słowa dzisiaj, czujemy niemal fizyczny dreszcz. Bo ta idea nie umarła wraz z minioną epoką. Ona przetrwała. Została wchłonięta przez drewniane ściany, przez mocne podwaliny i przez tę wieś. A co najważniejsze – ona wciąż żyje w nas.
To jest niewidzialna nić, która tka historię Nowogrodu. Łączy ona ludzi, którzy nigdy nie mieli szansy spojrzeć sobie w oczy. Mijamy się w dziejach, żyjemy w zupełnie innych realiach, a jednak jesteśmy ze sobą nierozerwalnie złączeni tym samym duchem, tą samą ideą „ratowania dusz”. Sztafeta pokoleń nie zatrzymała się w czasie. Przetrwała w pamięci, w drewnianych ścianach szkoły, w opowieściach najstarszych mieszkańców. I teraz ten obowiązek – a zarazem największy zaszczyt – znalazł się w naszych rękach.
Dzisiaj trudności, z którymi się mierzymy, mają zupełnie inną twarz. Nie walczymy o fizyczne przetrwanie w wojennym koszmarze. Walczymy z obojętnością, z biurokratycznym chłodem, z czasem, który nieubłaganie niszczy to, co zostało zapomniane. I co boli najbardziej – mierzymy się z pęknięciami w naszej własnej, lokalnej społeczności. Łatwo byłoby się odwrócić. Uznać, że ratowanie szkoły to walka z wiatrakami, a przeszkody są zbyt wielkie, żeby je pokonać.
Ale ten duch, zaklęty w kronikach i w fundamentach, nam na to nie pozwala. Idea ratowania dusz nie przedawniła się ani o jeden dzień.
Dlatego my, Fundacja Szkoła w Nowogrodzie, idąc śladem naszych poprzedników, również pozostajemy na stanowiskach. Dziś ratować dusze to znaczy ratować naszą wspólnotę. To budować mosty w miejscu spalonych relacji. To stworzyć przestrzeń – naszą świetlicę wiejską – w której nikt nie będzie czuł się samotny, w której znowu usłyszymy śmiech, a różnice między nami zejdą na dalszy plan przy wspólnym stole.
Sztafeta jest teraz w naszych rękach. Od nas, tu i teraz, zależy odpowiedź na jedno, najważniejsze pytanie: Czy przekażemy ją dalej?
Wierzymy, że tak. Czujemy za plecami oddech tych, którzy z takim poświęceniem walczyli o to miejsce, i pełne nadziei spojrzenia tych, którzy dopiero do niego przyjdą. Ta piękna, trudna historia wciąż trwa. I tylko razem możemy dopisać do niej nowy rozdział.

